Archiwa autora: Agnieszka

AGA_2192

11_2_2015

- Jak wczoraj wieczorem pokazywałem pani fotografie, to była też ta moich sąsiadów z Lublińca, co mi ją wysłali na pamiątkę już po przesiedleniu.
– Była, pamiętam, nawet jej zdjęcie robiłam.
– A czasem go pani nie zabrała przez omyłkę? Szukam i nie ma.
(Przestraszyłam się)
– A sprawdzał pan w tej puszce po cygarach?
– Sprawdzałem, nie ma.
– A w modlitewniku? Bo wyjmował pan część zdjęć z puszki, a kilka też z modlitewnika. I to chyba właśnie też.
(Zamyślił się)
– A racja, racja… Tak! Tam musi być. Ja panią bardzo przepraszam. Lubię na nie popatrzeć i przykro by było, gdyby zginęło.

AGA_1909

1_2_2015

„Przyjeżdżają do nas wycieczki – Niemcy, Skandynawowie, nawet Japończycy byli. Niech mi pani powie, gdzie w Polsce pani na wsi spotka Murzyna? A do nas i tacy na wycieczki przyjeżdżają, aby prawdziwe wiejskie życie zobaczyć. Bo to teraz jest egzotyka!
Jak Niemcy przyjeżdżają, to się wzruszają, ale nie tym, że to kiedyś było ich, ale tym, że przypominają sobie jak wieś wygląda. Bo u nich to już tylko autostrady, fermy, fabryki, wsi takiej, o, nie ma”.

94 (2)

45_2015

„Mieszkaliśmy dwa kilometry stąd, za tamtymi drzewami. Przyjechało wojsko i kazali wybierać –czy chcemy do Polski, czy do Rosji. Tam groziła Syberia, więc rodzice spakowali, co mogli i pojechali na granicę. Tam był posterunek – przeszukiwali, zabierali wszystkie papiery, książki i na miejscu palili. Fotografie też. Nawet Pismo Święte.
To jedno zdjęcie się uratowało, bo tatuś miał je w kieszeni”.

28

14_2015

„Na ślub dostaliśmy od mojej matki poniemiecką porcelanę, którą ona wykopała gdzieś w ogrodzie. Wszystko zakopywali. Nawet ozdobne talerzyki deserowe. Bo myśleli, że wrócą.
Tutaj ludzie też myśleli, że wrócą do siebie i nie chcieli wykupywać ziemi, ani domów, aż do lat 90-tych, bo nie chcieli poniemieckiego. Jak komuś się dom walił, to szedł do następnego, aby nie remontować na marne”.

38

22_2015

„ – Proszę, możecie fotografować, ja jestem żywy pomnik akcji Wisła – śmieje się gospodyni.
Zrobiłam jej portret z rodziną, a ona wyniosła z domu oprawione i powiększone zdjęcie klasowe.
– Nauczycielka mi wpoiła dbałość. Że może być wszystko skromne, ale czyste i zacerowane. I że człowieka należy oceniać po czynach, a nie wedle pochodzenia. To jestem ja. Tuż po wojnie, w szkole były dzieci polskie, niemiecki i ukraińskie. I nikomu to nie przeszkadzało.
O, to ja jestem tutaj”.

44

24_2015

„I niech sobie Niemcy skaczą, my mamy papiery, że to nasze. Ci, co z Suwałk tu przyjechali, albo z centralnej Polski, to się mogą bać, bo oni żadnych papierów nie mają. A my, z akcji, to chociaż tyle dobrego mamy, że to państwo organizowało przesiedlenie i papiery są. A papier taki to najlepszy dowód, lepszy nawet niż ta pani fotografia.

56

30_2015

„Ludzie udają, że nie widzą. Nie chce im się o to dbać, bo to nie ich. Niszczą, nie konserwują, bo i nie mają za co. Dużo w nich złości, że mieszkają w jednym z najbiedniejszych regionów Polski.
To książka medyczna, znalazłem ją na strychu domu, w którym przed wojną mieszkał lekarz. Ma pewnie ze 150 lat. Przecież nie spalę, nie wyrzucę. Trzymam to wszystko, nie wiem po co, ale trzeba”.

60

32_2015

„Przecież tu nikt nie jest stąd. Ja sobie nie wyobrażam, aby mnie do domu mojego ojca ktoś miał nie wpuścić. Ale mojego domu nie ma, a te stoją. Więc oni tutaj przyjeżdżają od lat, teraz mniej, bo już umierają. Przyjeżdżają, robią zdjęcia na pamiątkę, płaczą, a przez tłumacza opowiadają co gdzie było. To przecież ludzie tacy, jak my, w jednego Boga wierzymy”.

57

31_2015

Pod granicą z Rosją spotykałam ludzi, którzy urodzili się w Bieszczadach, w Beskidzie Niskim. W Tworylnym, Jaworniku, Duszatynie.
„Ja jestem Łemko. U nas całe wsie były łemkowskie”. Pamiętają z nich klepiska, strzechy, piece, żarna, łapcie, koszule z konopi, wesela, nazwy strumieni i najbliższych miasteczek.
„Takich wiosek to już nie masz. Kto by wtedy pomyślał, że lodówka będzie w domu? Albo telefon? Tam teraz wszystko zarośnięte, nic nie ma. Minęło, poszło, a co będzie, to nie wiadomo”.
Byłam w Tworylnym dwa lata temu i miałam przy sobie zdjęcia z tej wyprawy. Chciałam je pokazać, ale nie chciał oglądać, przeklął tylko coś pod nosem. Potem jego żona powiedziała mi, że był w Tworylnym kilkanaście lat temu. Zobaczył miejsce po swoim rodzinnym domu. W piwnicy znalazł zardzewiałą podkowę i wziął ją ze sobą. I powiedział, że nigdy nie wybaczy.

65

34_2015

Nie poznała mnie, ale mimo to zaprosiła do środka, do kuchni. Próbowałam jej przypomnieć, że byłam u niej, że jeżdżę i robię zdjęcia.
„– Oj, ale ja nie potrzebuję zdjęcia. Proszę zobaczyć, ile u mnie zdjęć” – wskazuje mi kredens w kuchni, ze zdjęciami założonymi za szybki.
„– O, jest tu to zdjęcie, które ja pani zrobiłam! Z wnukiem i córką. Córka mówiła, żeby schowała pani włosy do zdjęcia, bo kto to widział staruszkę z siwym warkoczem. A pani się uparła i powiedziała, że chce, aby tak ją pamiętać”.
Przyjrzała mi się uważnie.
„– Teraz sobie panią przypomniałam. Dzień dobry”.

66

35_2015

„Jaka tam miłość… Ale dobrze my żyli. Przyszedł czas i trzeba było mężowi umrzeć. Sama zostałam. O, tutaj cała moja rodzina. To brat, to siostra, to moja mama, to kuzynki, a tutaj druga siostra. Tak było. Lubię się położyć i tak popatrzeć sobie na nich wszystkich. I jak tak popatrzę, to czasami zasnę i mi się kto przyśni”.

72

39_2015

„To jest nasza rodzina, już po wojnie. Nowy dom, ale jeszcze bez ganeczka. To  zdjęcie akurat robił sąsiad z wioski obok, miał aparat, jak przyjeżdżał, to robił.
Wtedy z mężem mieszkałam już osobno, obok cerkwi. Przyszliśmy widać do fotografii. To nasz synek. A to jest nauczycielka, która u rodziców mieszkała.
To może była niedziela, skoro ojciec pod krawatem? Może my akurat z kościoła przyjechali? Albo się tak do zdjęcia naszykowali specjalnie”.

80

41_2015

„To już po ślubie, wesele było i zrobili zdjęcie dla nas.  To było w 1948 roku, już mało kto żyje. My ślub brali na zachodzie, w Giżycku. Wyjechaliśmy na roboty, żeby coś zarobić. I my się zakochali. Znaleźli cerkiew i batiuszku, a w majątku rządca zrobił nam wesele. Jeszcze się świece nie dopaliły, a mąż powiózł do moich rodziców obrączki, aby wiedzieli, że my ślub wzięli.
Dwa lata tam byłam. Brali na zachód, kto chciał, to jechał. Chciałam pieniędzy zarobić, jakoś się ubrać, a tu po wojnie nic nie było. A tam po miesiącu miałam sukienkę, pantofle – jak jakaś pani. Cała młodzież tam była wtedy”.

93

44_2015

„To na paszport. Jak młoda byłam, to nie było za co zdjęcia zrobić. Proszę się wtedy u matki o zdjęcie, a skąd ona weźmie? Nie ma zdjęcia, bo nie było pieniędzy. Fotograf był, czasami przyjeżdżał do tej wioski za rzeką. Tam teraz granica.

Moja siostra już przy śmierci była i prosiła u mamusi, aby zdjęcie zrobić. A mama mówiła: a za co, skąd ja wezmę pieniędzy. I nie zrobili zdjęcia. Potem mamusia tak płakała: czemu ja u kogo pożyczyła! I teraz nie mam zdjęcia siostry. 14 lat miała, jak umarła”.

27

13_2015

„Mój ojciec miał 10 hektarów od Piłsudskiego. I po wojnie to już był kułak! Dwa lata pracowałem w kopalni jako syn kułaka. Jaki to kułak! Jak my tu przyszli, to cepem robili, kosą kosili i konikiem orali. Potem powiększyłem gospodarkę do 40 hektarów. A mój syn ma już 400 hektarów – bo są możliwości, a on się nie boi pracować.
Ludzie tęsknią za komuną, bo rozumu nie mają. Prawda, że wtedy można było wszystko sprzedać, ale nie pamiętają, że nic kupić nie mogli, że nic na własność nie mieli. Ale ludziom to pasowało – tak przed wojną, jak i po. Że on idzie do pana pracować, albo do PGR-u, ktoś mu mówi, co ma robić, on robi, a reszta to nie jego zmartwienie i ryzyko. I teraz to wraca znowu – ludzie wolą do kogoś iść, niż na swoim pracować”.

26

12_2015

Kazik i Jan znają się z zakładu, w którym pracują od początku lat 70-tych. Od tamtego czasu jeżdżą razem na ryby. Jan pochodzi ze Lwowa, Kazik urodził się już tutaj. Na telefonach komórkowych pokazują nam zdjęcia swoich największych sumów i szczupaków. Mimo, że wędkują razem ponad 40 lat, zrobiłam im pierwsze wspólne zdjęcie z wyjazdu nad jezioro. W zamian usmażyli nam wielką porcję świeżo złowionych płoci i dali numery telefonów na wypadek gdybyśmy potrzebowały pomocy w trasie.

20

9_2015

Sołtys ma wykrywacz metali i chodzi z nim po lesie. Wierzy, że gdzieś są skarby zakopane przez Niemców. „Ale więcej wam nie powiem, tutaj niejeden skarbu szuka. Wystarczy spojrzeć jakie oni mieli rzeczy na co dzień – srebrne widelce, szczypce do cukru – aby wiedzieć, że byli bogaci. Tu pięknie musiało być za Niemca. Fotografie ze sobą zabrali. Wychodzą teraz u nich czasopisma o Prusach Wschodnich, to czasami tam coś publikują. I w Internecie można znaleźć – są zdjęcia naszej wsi, jest kościół, szkoła”.

16

7_2015

Hanka ma 8 lat, zna się na truskawkach i prowadzi nas tam, gdzie rosną najlepsze.
„Deserowe są takie, aby ładnie wyglądały. Ale wcale nie są smaczne. Wcale nie wszystko, co ładnie wygląda jest dobre”.
Hanka zna ceny w skupie, upomina innych, aby nie deptali zboża i wie, kto ma czym obsiane pole. Chce zostać tutaj, na wsi, albo śpiewać. Podobno Cyganie chcieli ją wymienić za piłę motorową, ale ojciec ich pogonił.

14

6_2015

„To nie Mazury, to nie Warmia, ani Prusy. U nas się mówi, że to Passatowo”.

Stary Volkswagen Passat ma fabryczny bak o pojemności 100 litrów. Paliwo zatankowane, plus dziesięć litrów w kanistrze, można legalnie wwieść na teren Polski. Jeśli auto jest na gaz i nie spala benzyny w drodze powrotnej to biorąc pod uwagę ceny na „metach”, jedno tankowanie daje ok. 200 zł zysku.
(Sprzedaż jest, rzecz jasna, nielegalna).

7

1_2015

Przyjechali tu z Hrebennego. Tam wszystko zostawili, a tu wszystko było. Było boisko sportowe z amfiteatrem, kościół, szkoła, poczta, piekarnia, policja, zadbane aleje. W domach były łazienki z wannami, elektryczność i wygodne łóżka. (W niektórych leżeli jeszcze starzy ludzie, którzy nie mieli sił, aby uciekać).
Co roku przyjeżdża tu autokar Niemców. Każdy idzie do swojego dawnego domu rodzinnego, w odwiedziny do obecnych gospodarzy.
„Nasz Helmut, to ma już po osiemdziesiątce, nie? To zdjęcie, co pani zrobiła, to wyślemy mu może?”

Strona prawie gotowa ### 30 kwietnia 2015

Mam opóźnienie, ale udało mi się opracować o wiele więcej materiału, niż zakładałam.
Strona ruszy z ponad setką zdjęć!

Nanosimy ostatnie szlify. To było coś! Dziękuję bardzo:
Wawrzyńcowi Dąbrowskiemu – za niezłomność, cierpliwość i kreatywność programistyczną oraz znajdowanie rozwiązań dla spraw niemożliwych
Michałowi Dąbrowskiemu – za wymarzony projekt graficzny
Ali Szulc – za sesje nagrywania fotofilmów
Julce Odnous – za korektę i redakcję podpisów na zdjęciach

Będę na Miesiącu Fotografii w Krakowie ### 3 lutego 2015

„Droga Agnieszko,
z radością informujemy, że w ramach 13. edycji festiwalu Miesiąc Fotografii w Krakowie, jednym z  wydarzeń towarzyszących jak co roku będzie Przegląd Portfolio.
Byłoby nam niezmiernie miło, gdybyś zechciała dołączyć do grona recenzentów na Przeglądzie Portfolio.
Spotkania z recenzentami umożliwiają artystom młodego pokolenia nawiązanie kontaktów i współpracy z profesjonalistami, których doświadczenie, rady i opinie niejednokrotnie zaowocowały na dalszej drodze fotograficznego rozwoju. Natomiast recenzentom stwarza najlepsze warunki do zapoznania się z pracami ambitnych fotografów”.

Dziękuję! Ja i Wędrowny Zakład Fotograficzny jesteśmy zaszczyceni.

Auto po liftingu ### 20 kwietnia 2015

Odebrałam auto z cudownych, mistrzowskich rąk Karola Włoskowskiego. Karol zadbał o zawieszenie, o hamulce, o wymianę wahacza i zrobił mi dwie wspaniałe niespodzianki: mam we wnętrzu nowe oświetlenie LED (16 kolorów, sic!) oraz nowe radio z głośnikami (basy!).
Karolu, dzięki!

Udało się również uszczelnić cieknący dach i wymienić wykończenie sufitu w części mieszkalnej. Jest pięknie, auto gotowe do drogi.

Typ tygodnia!

Zadzwoniła do mnie Magda Gorlas współpracująca z „Wysokimi Obcasami”, aby porozmawiać o Zakładzie. Spotkałyśmy się dwa razy na długi rozmowy. Powstanie tekst do Typu Tygodnia!

Ręczne pismo ### 5 marca 2015

Opisałam pierwszą partię wydrukowanych fotografii (ok. 40 zdjęć) odręcznym charakterem pisma. Byłam z siebie bardzo zadowolona i czekałam, aż przyjdzie Ala, abyśmy mogły zacząć je filmować.
Coś mnie tknęło i na spacer z psem, zabrałam do parku opisane zdjęcia. Pokazałam kilku przypadkowym osobom:
– No, bardzo ładnie to wygląda, ale nie chciałoby mi się tego czytać.
– To jest „r” czy „s”? A to „m” czy „w”?
– A nie mogła pani tego wydrukować?
– Ja to bez okularów nie przeczytam tych zawijasów.
– „Trafiłam do miejscowości, w której….” – co tu jest napisane dalej?

Zwątpiłam. Wróciłam do domu i zamówiłam ponowny wydruk zdjęć. Opisałam wszystkie jeszcze raz – drukowanymi literami.

Podziękowania dla pana Mateusza

W pewnej niepozornej drukarni w Warszawie pracuje pan Mateusz. Znamy się z bogatej korespondencji mailowej, która dotyczyła wydruku fotografii, którzy użyłam na stronie. Pan Mateusz wykazał się wielką cierpliwością i wyrozumiałością. Dziękuję za to!

PS. Kiedyś przyniosłam Panu ciastko kajmakowe w podziękowaniu, ale akurat nie było Pana w pracy.

Rozpoczęcie pracy nad stroną ### 15 stycznia 2015

Stworzyłam koncepcję strony internetowej. Chcę, aby miała charakter wizualnej publikacji, która pozwoli oddać materialny charakter fotografii -aby także w sieci zdjęcia były przedmiotami, aby były pretekstem do opowiedzenia historii. Współpracy przy jej realizacji podjęli się Michał Dąbrowski i Wawrzyniec Dąbrowski, którzy pomogli mi zamienić pomysł na rzeczywistość. Mieliśmy nadzieję, że strona zostanie uruchomiona do końca marca.
Cóż, myliliśmy się.

 

O stronie

Na stronie zgromadziłam 150 zdjęć, które – wraz z podpisami – są archiwum odbytych podróży. Pokazuję i opisuję fragmenty spotkań, zbieram wypowiedzi, wspomnienia, doświadczenia i opisy sytuacji związanych z fotografią, historią, wsią, codziennością.

Strona nie jest wyczerpującą narracją, ale kolekcją fotografii – papierowych, ręcznie opisanych zdjęć, które nawiązują do roli fotografii w Zakładzie jako przedmiotu na wymianę / pretekstu do rozmowy / wizualnej notatki / narzędzia obserwacji społecznych praktyk związanych z fotografią.

Fotografie można oglądać wyrywkowo – na stronie głównej wyświetlają się w losowej kolejności. Można również skorzystać z tagów – to zasłyszane, powtarzające się sformułowania dotyczące fotografii, powracające motywy, wypowiedzi i twierdzenia, które często padały w rozmowach z osobami napotkanymi po drodze.

AGA_5039

33_2014

Pani Tamara urodziła się w 1946 roku. Jej rodzice zostali przesiedleni pod Szczecin, gdy miała roczek. Wrócili tutaj niedługo potem.
„A gdzieś mam zdjęcie rodziców. Tam chyba wisi w tej szopce, co ją do rozbiórki szykujemy. Nie wiem nawet, trzeba pójść zobaczyć”.
Idziemy. Drzwi ledwie się otwierają, dach jest zarwany, podłoga też, rozbiórka częściowo już się zaczęła. Na ścianie, pod warstwą kurzu i pajęczyn, wisiał ślubny portret. Zachwyciłam się nim głośno, pani Tamara zdjęła go ze ściany i odczyściła w domu.
„Ma pani rację, że to ładne jest. Męża poproszę, aby tutaj nad wersalką na ścianie przybił, bo to rzeczywiście pamiątka”.

36

30_2014

– Hej Aga! Możesz rozmawiać?
– Cześć. Tak, właśnie się zatrzymałam.
– Jak się masz?
– No, jadę dalej z Zakładem, jestem na Podlasiu. I wiesz co? Właśnie teraz, gdy z tobą rozmawiam, to patrzę, jak ktoś orze pole koniem. Ma bronę i koń tę bronę ciągnie. To już chyba rzadko się zdarza, prawda?
– No, raczej. A zrobiłaś zdjęcie?
– Jeszcze nie, bo z tobą rozmawiam. Rety, ja nie daję rady z tym, żeby to wszystko jeszcze fotografować. Za dużo się dzieje, a jak z kimś rozmawiam, to zapominam o robieniu zdjęć.
– Ale teraz zrób. Czekaj, to ja do ciebie oddzwonię zaraz. Rób, rób, będziesz miała do książki.

34

29_2014

„To sąsiad robił zdjęcia, z drugiej wioski. Mam zdjęcia z panieństwa, z pogrzebów. Miał aparat i tło, i na nim fotografował. Za pieniądze. Po wioskach jeździł i tę szmatę na drzwiach stodoły rozwieszał i tak fotografował. O, to mama moja, jak poi konia. My też jeszcze kobyłkę mamy, ponad 20 lat i wciąż pracuje, do koszenia chodzi. Na kiełbasy nie pójdzie”.

29

26_2014

Pojechałam po dwóch latach do pani, która robiła szydełkiem serwety z pociętych na paski torebek foliowych i do pana, który był kiedyś kinooperatorem.
„Agnieszka! Wpierw pani nie poznałam. Myśmy wypatrywali, myśleli, czy ty przyjedziesz jeszcze tu do nas. Tamta fotografia się zawieruszyła gdzieś, szukaliśmy, tak nam żal jej było. Może nam teraz jeszcze raz zrobisz?”

28

25_2014

„Młodej Niemce Rusek tutaj zrobił dziecko i jak potem uciekała, to wiedziała, że ono nie przeżyje. Zostawiła je tutaj takiemu jednemu kawalerowi staremu i on tę dziewczynkę wychował. Piękna panna z niej wyrosła i bardzo mu się przydała, opiekowała na starość, a potem wszystko odziedziczyła.
Pani, nasze matki to twarze sobie brudziły, włosami zakrywały, żeby tylko się nie spodobać! Ale im było wszystko jedno, oni by i na krowę wleźli, bo i sami byli jak bydło. Ale kobiety nie mówiły, bo i co miały mówić?”.

25

23_2014

„Ale na obiad to zostaniesz, co? A potem pójdziemy na cmentarz”.
Mieszkają w szeregowych domkach dla niemieckich parobków, którzy pracowali we dworze, potem był tu PGR.
„Jak dzieciakiem byłem, to Niemcy przyjeżdżali, robili zdjęcia. Jak się mówiło guten Tag, albo danke, to dawali po pięć marek”.
Sam pochodzi z białostockiego. Jego rodzice mieszkali w Łapiczach, obok Krynek. Ostatni raz był tam 20 lat temu. Ja byłam tam z Zakładem w 2012 – opowiedziałam mu więc, jak teraz Łapicze wyglądają, kto mieszka, co słychać. „Myślałem, że tam już wszyscy powymierali”.

AGA_4287

22_2014

Idziemy na cmentarz starą lipową aleją. Mijamy zarośnięty staw, który kiedyś był ponoć piękny, z piaszczystą plażą i czystą wodą. Na cmentarzu Jurek pokazuje, gdzie była brama i jak krzyżowały się aleje. W gąszczu drzew oglądamy pięć widocznych nagrobków z krzyżami. „Więcej było. Ja tu na grzyby chodzę i widzę. Łobuzeria to rozkrada, na kawałki tną i na złom. Ciekawe, czy nasze groby na Kresach też tak porozwalane”.
Wiesia pokazuje mi roślinę, która porasta cały teren cmentarza:
– To berlinka. Jest nawet zimą zielona. Nakop sobie z korzeniami, będziesz miała.
– Berlinka? A nie barwinek?
– Nie, tu mówi się berlinka. Może dlatego, że na niemieckich cmentarzach tego pełno.

24

21_2014

„Taka była moda, że się młodzi wymieniali zdjęciami. To są sąsiadki, koledzy z klasy. Niektórzy się we mnie kochali. Sąsiad miał aparat i robił sam zdjęcia. Za pieniądz, ale tak amatorsko, jakoś tam w domu je robił. Po takie legitymacyjne jeździło się do miasteczka. A on zatrzymywał nas czasami na drodze, robił i się u niego je odbierało. Potem były ruskie Smieny, to się robiło już samemu.
O, tu z gitarą – miałam gitarę, ale nikt nie umiał na niej grać”.

AGA_4124

20_2014

Na rowerach podjechali Ania, Dominika i Tomek. Mieli wakacje, trochę im się nudziło, chcieli zdjęcia i chcieli pogadać. Zanim jednak cokolwiek się wydarzyło, babcia krzyknęła zza płotu, że „nie wolno dzieci kamerować, bo potem w telewizji mówią, że w PGR-ach bieda”.
Poszliśmy razem do rodziców zapytać o zgodę. Długi budynek, kilka mieszkań ze wspólnym podwórkiem i ogródkiem. Gołębniki, garaże, szopki, sławojki. Poznaliśmy mamę, drugą babcię, brata. Zrobiłam zdjęcia z psem, z rowerem, w ogrodzie, przed domem. Dostałam koperek. Dzieci odprowadziły nas do samochodu: „Tu jest zakład, w tym magazynie jeszcze wszystko działa, mój tata tu pracuje przy paszach. Tu jest świetlica z bilardem, sami sobie bierzemy klucz, jak chcemy. Tu powiesił się tata naszego kolegi. A tu mamy huśtawkę”.

20 - Kopia

18_2014

Zahamowałam, gdy zobaczyłam szyld zakładu fotograficznego. Wewnątrz budynku szerokie, skrzypiące, drewniane schody. Zakładu nie ma od roku, działał tylko przez chwilę. Na piętrze mieszka jedna pani – „Bronisława – takie zacofane imię! Teraz nikt już dzieci tak nie chrzci”.Posadziła nas w kuchni, sama usiadła na taborecie, poczęstowała kawą i drożdżowymi bułkami. „Rodzice tu spod Suwałk przyjechali. Nas była czwórka małych dzieci, ojciec wsadził nas wszystkich do wielkiej drewnianej beczki po kapuście, beczkę na wóz i tak tu przyjechaliśmy. Ach, lalko, tu wszystko było – w jednym domu na stole zostały talerze z zupą, tak Niemcy uciekali. Mama bała się, że wrócą i nie chciała mieszkać w miasteczku, tylko w lesie, na uboczu. Zdjęć nie mam, tu fotografa nie było. Teraz tylko ten szyld wisi”.

18

17_2014

„W zboże uciekłem, jak wojsko przyszło, nie chciałem iść. Ale to lato było, pić się chciało, a tam z domów wyganiają, wszystkich do zagrody zapędzają. Polskie wojsko, a jak! Przecież nie moskalskie. A we wsi było 400 numerów, w każdym domu po kilkanaście ludzi. I nas wszystkich, proszę pani, do pociągu. Aż dwa parowozy musiały ciągnąć, bo tak było ciężko jechać. Miesiąc tak jechaliśmy. Aż pociąg stanął, wszyscy się rozbiegli, gdzie kto chciał, i każdy wziął to, co było.
I myśmy wzięli ten dom i tu już zostali”.

17

16_2014

Pomogłam Andrzejowi odpalić ciągnik w środku lasu. Jest pilarzem. Jego rodzice zostali tu przesiedleni podczas akcji „Wisła” w 1947 roku. Andrzej zna wszystkich w okolicy, dużo czyta, dużo wie i ma swoje zdanie. „Co chcecie wiedzieć? Ciągnik odpalił, to ja wam wszystko opowiem”. I opowiedział.
O tanzbudzie, która stała nad jeziorem i przez 300 lat prowadziła ją jedna rodzina. O tym, że Niemcy potrafili gospodarzyć, ale mieli też czas na zabawę i dbanie o to, co wspólne – aleje drzewne sadzili, bagna meliorowali. O fundamentach i cmentarzach w lesie. O masowych grobach znajdowanych przez przypadek podczas stawiania słupów telefonicznych. O kwitnących na wiosnę w środku lasu bzach i o słodkich, jesiennych jabłkach (próbował je szczepić na swoich jabłoniach, ale się nie dały). O Niemcach, którzy przyjeżdżali wykopywać skarby zakopane między dębami, pod kamieniami, pięć kroków od progu domu. O tych nielicznych mieszkańcach, którzy wrócili po wojnie. O tym, że na jego rozum to wszystko jedno, czy ktoś Polak, Ukrainiec, czy Niemiec – ma być dobrym człowiekiem, i tyle.

16

15_2014

„Żywe takie te zdjęcia robicie, aż w oczy bije” – powiedział młody sołtys, oglądając na fotografii siebie i ojca. Stoją na środku wielkiej pasieki schowanej wśród pól, syn obejmuje ojca ramieniem.
„To ojca królestwo. Ale on już siły tyle nie ma, co kiedyś, a urobek jest duży. Jak miód kręcimy, to we trzech braci mu pomagamy. Ja najbardziej, bo na miejscu jestem. Ładne to wyszło, ojciec taki uśmiechnięty. Będzie na pamiątkę”.

15

14_2014

Gospodyni stała w progu z rękoma po łokcie unurzanymi w mące. Myślała, że jesteśmy świadkami Jehowy i prawie nas pogoniła wałkiem. A skończyło się tak, że razem lepiłyśmy te pierogi, a potem dostałyśmy je na obiad. W międzyczasie poznałyśmy całą rodzinę, która przewijała się przez otwarty dom.
Na rodzinnym zdjęciu przed domem było 11 osób.

14

13_2014

„Lipy w tym roku nie zakwitły. Pierwszy raz, tak jeszcze nie było. Te lipy wzdłuż drogi to sadzili Niemcy. Bieda będzie, a nie miód. Niemieckie domy stały o tam, o, gdzie te kępy drzew na polach. To, co nie zostało zajęte, zostało rozebrane na cegły i koleją zwiezione na odbudowę Warszawy. A w tych domach, co zostały, to wszystko było, jakby ktoś właśnie wyszedł. Tak ludzi tu mówili. Myśmy przyszli w 1949 roku i już nic nie było, gołe ściany, a w piwnicy dwa słoiki z rabarbarem stały w kącie. Nie mamy zdjęć, bo kto wtedy miał aparat, kto myślał wtedy o tym. Potem, jak Niemcy przyjeżdżali, to robili zdjęcia. Ja się nie dziwię, że oni chcą przyjeżdżać i że im przykro na to patrzeć. Przecież każdemu, gdyby go tak wygnali, byłoby tęskno za rodzinnymi stronami. A to normalni ludzie są. Ta nasza Niemka to nam paczki przysyłała w latach 90., wtedy to były skarby tutaj”.

13

12_2014

Był dzień powszedni, upał i kurz unoszący się z szosy.
Siedziałyśmy pod sklepem i jadłyśmy lody. Nic się nie działo. Patrzyłyśmy, kto jedzie drogą. Sklepowa z naprzeciwka też. Stała w progu i paliła papierosa. Przejechała fura siana, jakiś motor, kilka aut.
Na skrzypiącym składaku podjechał pan Gienio. Wziął najtańsze, mocne piwo na zeszyt i usiadł obok nas. Nie chciał zdjęcia – „Bo ja jestem jak samotny, leśny kwiat. Żona mnie zostawiła, dzieci wyjechały i siedzę w chałupie sam, tam, het, za polami. Tyle co tu rowerkiem przyjadę, żeby na ludzi popatrzeć”.

22 - Kopia

11_2014

Samochód się zepsuł. Nie chciał odpalić, za nic. Podeszło do nas dwóch gości, którzy łowili ryby nad jeziorem:
– Paliwo ma? – pyta pierwszy już z oddali, rzucając mi lekceważące spojrzenie. Wściekłam się.
– Ma. I to nie jest właściwe pytanie.
–Niech się nie obraża.
– Panie, ja tym autem kilka tysięcy kilometrów przejechałam i wiem, kiedy mi się paliwo kończy.
– Widać to za mało, aby wiedzieć, dlaczego nie chce palić. I niech się uspokoi, bo do takiego auta trzeba spokoju.

23

10_2014

„Tu wszystko poniemieckie. Kiedyś tu był majątek duży, teraz tylko czworaki zostały zamienione na komunałki. Pani zobaczy, tu jeszcze gruzy po domu widać, on jeszcze stał jakieś 20 lat temu,
ale w zupełnej ruinie. Kiedyś tu, bo ja wiem, za Gierka jakoś, a może już później, przyjechało auto na niemieckich numerach. Ruina jeszcze stała. I wysiadło takie małżeństwo, nic po polsku nie gadali, ale ja coś tam po niemiecku rozumiem. Obejrzeć chcieli. A na tylnym siedzeniu siedziała taka siwa staruszka i nawet nie wyszła z tego auta, tylko siedziała i płakała. Pokręcili się, zdjęcia zrobili i dachówkę chcieli kupić, na pamiątkę. Przecież bronić nie będę, a wtedy zagraniczny pieniądz to było coś. To sobie wzięli i pojechali, i nigdy więcej ich nie widziałem”.

20140714_193352

9_2014

„Dla piękności go tu postawię, tak to umyśliłam. Może być?” – pozowali na ganku domu.
Irena i Jan. Byli małżeństwem od 40 lat, nigdy nie mieli dzieci. Mieszkali w małym dworku, który przed wojną należał do majora Wojska Polskiego. Zdjęcie zamierzali wysłać siostrze i bratowej. Podarowali nam domowy twaróg, słoik świeżo usmażonych malin i butelkę mleka. Nocowaliśmy na ich łące, tuż nad jeziorem.

8

7_2014

„Najpierw przyszedł Niemiec, potem nastał Rusek, a na końcu przyszedł Polak” – opowiada gospodarz, przerywając pohukiwaniem na psy. Pohukuje po litewsku. Gdy powstała granica,
17 gospodarstw zostało po stronie ZSRR, a tylko 7 ‒ tutaj.
Zaproponowałam zdjęcie. Powiedział, że żona na pewno się nie zgodzi. A potem zapytał, na kiedy bym je przywiozła.

7

6_2014

Nigdzie się nie zatrzymywałam, bo nie miałam gdzie – mijałam wielkie gospodarstwa, położone daleko od drogi, z nowoczesnymi budynkami i potężnymi  maszynami rolniczymi. Na łąkach stada krów i całe łany dojrzewającego zboża. Zatrzymałam się dopiero przy zardzewiałym dystrybutorze, ale tu z kolei nie było zupełnie nikogo.

6 - Kopia

5_2014

„Jak coś kupuję to tak, aby pasowało, bo ja lubię kolory” – tłumaczyła gospodyni. Wyszywa, dzierga, robi ozdoby z papieru.
„Muszę mieć czymś ręce zajęte. Muszę robić. Jak nie robię, to po ścianach chodzę”. Poruszając się o kulach, prowadziła mnie od pokoju do pokoju i pokazywała swoje dzieła.
„Sama tak podróżuje? A jak to zdjęcie zrobi?” – zwracała się do mnie w trzeciej osobie.
Pozowała przed domem, wśród barwnych kwiatów, upewniała się, że w kadrze nie ma nic zbędnego. Odrzuciła na bok kule. „Do zdjęcia nie chcę być kaleka, ładnie ma być”.

3

2_2014

Zatrzymałam się, gdy zobaczyłam malowniczo położony, drewniany dom na górce. Zajrzałam przez okna – był opuszczony.
Gdy wracałam do auta, spotkałam pana Antoniego. Szedł polną drogą, pchając stary rower. Miał znoszony kapelusz, siwą brodę i błysk w oku.
„Ja do zdjęcia dziś nie stanę, wypity jestem”. Był, ale tylko trochę. Dzieci ma w Anglii i w Niemczech, mieszka z chorą żoną.
„A czy pani mężatka? Taka fajna, a nie mężatka?”.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, ale zbierało się na burzę.
„No to co?” – zapytał pan Antoni. „Będziemy się żegnać?”.

Agnieszka Pajączkowska

Jestem kulturoznawczynią o specjalizacji wizualnej, animatorką kultury, twórczynią i koordynatorką projektów animacyjnych, społecznych i twórczych, badaczką historii codziennych praktyk fotograficznych. W podejmowanych działaniach łączę zainteresowania naukowe i refleksję akademicką z praktyką twórczą i animacją kultury.

Jako członkini Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę” od 2008 roku tworzę i koordynuję projekty wspierające lokalnych liderów i instytucje kultury, polegające na realizacji dokumentalnych projektów fotograficznych, badające i upowszechniające m.in. koncepcję edukacji wizualnej oraz fotografii w życiu codziennym, dotyczące lokalnej historii i tożsamości. Od 2010 roku jestem członkinią sieci Latających Animatorów Kultury.

Jako animatorka, twórczyni i badaczka współpracowałam m.in. z Domem Spotkań z Historią, Fundacją Archeologii Fotografii, Zachętą – Narodową Galerią Sztuki, Fundacją im. Zofii Rydet, Kolektywem Sputnik Photos, Fundacją Sztuk Wizualnych, Narodowym Centrum Kultury, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Należę do zarządu Stowarzyszenia Katedra Kultury, z którym realizuję projekty etnoanimacyjne, badawcze, wizualne i edukacyjne.

Jestem doktorantką w Zakładzie Filmu i Kultury Wizualnej Instytutu Kultury Polskiej UW. Przygotowuję rozprawę doktorką pod roboczym tytułem Nieprzezroczyste. Historie fotografii codziennej w Polsce. Jestem członkinią redakcji czasopisma „mała kultura współczesna” (wyd. NCK). Teksty naukowe publikowałam m.in. w „Kontekstach”, „Zagładzie Żydów”, „Kulturze i Historii”.

Podziękowania

Szczególne dziękuję za współpracę, cierpliwość i zaangażowanie osobom, które wsparły Zakład swoją pracą – Karolowi Włoskowskiemu, Wawrzyńcowi Dąbrowskiemu, Michałowi Dąbrowskiemu, Alicji Szulc oraz Julii Odnous.

Dziękuję za konsultacje, rozmowy, wsparcie i rekomendacje: Iwonie Kurz, Maciejowi Frąckowiakowi, Karolowi Hordziejowi, Pawłowi Szypulskiemu, Paulinie Czapskiej, Konradowi Pustole, Bożenie Szroeder, Tomkowi Rakowskiemu, Joannie Kubickiej, Dorocie Borodaj, Zuzie Sikorskiej, Kamili Szubie.

Dziękuję za czas spędzony wspólnie w Zakładzie: Kamili Szubie, Anie Płacheckiej, Julii Biczysko, Agacie Pietrzyk-Sławińskiej, Dorocie Ogrodzkiej, Karolinie Grzywnowicz, Ilonie Majewskiej, Magdzie Nałęckiej-Pajączkowskiej.

Dziękuję napotkanym po drodze osobom, które z otwartością i zaufaniem podzieliły się ze mną swoim czasem i opowieściami, udzielały mi po drodze rad i niezbędnej pomocy.

Sposób działania Zakładu

  • Wędrowny Zakład Fotograficzny podróżuje wzdłuż wschodniej i północnej granicy Polski,  zatrzymując się we wsiach położonych najbliżej granicy.
  • W Zakładzie można wykonać zdjęcie portretowe i otrzymać je na miejscu w postaci papierowej odbitki.
  • Zdjęcia wykonane w Zakładzie powstają w pojedynczych egzemplarzach, są własnością sfotografowanych osób i nie są prezentowane publicznie w ramach działania Zakładu.
  • Wykonanie fotografii zakłada wymianę  na opowieści, wodę, możliwość podłączenia do prądu, sezonowe owoce i warzywa, przetwory itd.
18

18_2013

Jedenaście kobiet, trzy pokolenia – spotykają się w świetlicy, aby śpiewać. Po polsku, po rosyjsku i po chachłacku. Wewnątrz nieużywanego pieca trzymają flaszkę – „Chowamy tam, żeby chłopy nam nie wypiły”. Flaszka trafiła na stół, razem z wędliną, pomidorami, chlebem i tekstami pieśni. Mają koło gospodyń wiejskich, jeżdżą na festyny i przeglądy śpiewacze. „Ale wspólnego zdjęcia to my nie mamy, aż wstyd”. Zrobiłam więc jedno wspólne i osobny portret każdej z nich. Pozowały z własnoręcznie wykonanymi kwiatami z bibuły. W świetlicy ma powstać tablica ze zdjęć, z podpisami i listą nagród zespołu – „A niech zobaczą wszyscy, jakie fajne babki jesteśmy”.

20

20_2013

„Do zdjęcia to nie, bo ojciec jak pani widzi, w pidżamie właściwie i nieogolony. Ja bym go musiała podnieść, a już nie mam siły. On nie słyszy, ma 98 lat i medal Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Żydków ratował, bo ich rodzina z nimi jeszcze przed wojną ten pałac na pół kupiła i sąsiadami byli. Mieszkała obok Żydówa z dziećmi, bo ją mąż zostawił. Ojciec ich chował w chlewie, potem furmanką gdzieś wywiózł, oni się uratowali i teraz ojciec dostaje taką zapomogę w dolarach, z fundacji w Ameryce. Oczywiście, my jesteśmy katolicy.
Dobrze, to pani jednak zrobi to zdjęcie, ale tylko dla nas, proszę go nie podawać do prasy. Żeby tutaj ojca nie nachodziły jakieś bandziory – bo po wojnie tak było, że go nazywali żydowskim pachołkiem i wszyscy myśleli, że od tych Żydów on dostał złoto”.

21

21_2013

Szłyśmy z sołtyską przez wieś. Z kieszeni ogrodniczek wyjęła papierośnicę, zapaliła samoróbkę z ruskiego tytoniu i powiedziała, że póki będzie rządzić, to nie pozwoli na asfalt, bo wieś straci urok. Pewnie, że latem piach przeszkadza, ale tutaj wszędzie są piaski i dlatego kiedyś wszyscy sadzili tytoń. Przy tytoniu zaczęła pomagać, gdy miała 11 lat. Wtedy całe łany, aż pod granicę, porastały tytoniem. Teraz zostały ugory, bo się nie opłaca. I tytoń jest nie swój, ale z Ukrainy. Jej prababcia pochodziła z Ukrainy. Trzymała suszone gruszki w płóciennym woreczku, w ogrodzie miała krzewy agrestu. Dużo opowiadała o rzezi. „Tutaj ludzie nie zapomnieli. I pewnie nie zapomną. Ale w paleniu ukraińskich papierosów przecież nikomu to nie przeszkadza”..

22

22_2013

„Urodziłam ją, jak miałam 42 lata. Wtedy z moją pierwszą córką razem leżałyśmy na porodówce. Taki był wstyd! A teraz takie nieszczęście, cztery lata, jak umarła. Pani spojrzy – tu, na ślubie, jaka ładna. A tu już w trumnie. Na pogrzebie ktoś krzyczał, żebym ją do domu zabrała, bo ona jak żywa wyglądała. Ona tu powinna być, posprzątać, pomóc mi wody przynieść. Jabłuszka całe drzewo tak ładnie obsypali, dziczkę taką, ale nie ma komu zbierać. Ja żyję, ale nic nie pamiętam. Jakbym się z dziećmi moimi do grobu położyła. Tylko te zdjęcia.
Pani może mi to odrobić na większe?”.

26

26_2013

Zebrałyśmy jabłka i usmażyłyśmy z nich placki w letniej kuchni. Gospodyni powiedziała, że rano założy niedzielne ubranie i stanie przed domem tak, żeby na zdjęciu było widać kwiaty.
„Jak umrę, to będzie pamiątka. Albo jak mocno ładnie wyjdzie, to do internetu wrzucicie, może się jakiś dziadek dla mnie znajdzie”.

27

27_2013

Wieczorem przyjechał na rowerze sołtys, już podpity. Mówi, że musi nas zameldować. A my na to, że już nas straż graniczna spisała i że wszystko w porządku.
„A czego wy tak po wioskach te zdjęcia robicie? Śledzicie? Agentki z Warszawy? Kogo sprawdzacie? Sołtysów? Czy wojsko graniczne? Wszystko obzdjęciujecie, nagracie i potem raport w stolicy złożycie? Dziewczyny, ja wiem jak jest! Ze mną możecie szczerze, otwarcie. No, to dla kogo pracujecie? Przecież wy dla zmyły takie młode, ten piesek i to auto śmieszne – też dla zmyły. Kiedyś to był smutny facet w prochowcu, a teraz dzieci do wywiadu posyłają. Aaaaa… Czekaj, czekaj… Chyba że wy tu interes przy granicy robicie? W takim aucie to dużo się zmieści, dziewczyny, ja wiem jak jest”.

32

32_2013

Mąż nie żyje, z synami nie ma zgody, córka też jest wdową. Mieszkają razem, żeby było taniej i aby mieć się do kogo odezwać. Nie mają prądu, gaz się skończył, na węgiel muszą pożyczać. Oglądamy zdjęcia – głównie z pogrzebów. Zięciowie, synowie, mężowie. Wszyscy pili.
„Co my z tym zdjęciem zrobimy, córciu? Komu my to damy?”.

33

33_2013

Ma na imię Helena, ale naprawdę Olena, bo jest Ukrainką. Była na robotach w Niemczech, u bauera. Tam wzięła ślub – z Polakiem, który też był na robotach. Gdy wracali po wojnie, mąż zostawił ją w lesie przed wioską, aby rodzicom najpierw powiedzieć, że wraca żonaty. Ale rodzice nie żyli, a cała wioska była spalona. Nie mieli nic, ani nikogo.
Portret zamówili ponad 10 lat po ślubie. Był malowany ze zdjęć, które wykonano im obojgu podczas robót w Niemczech.

37

37_2013

W zamian za zdjęcie poznałam opowieść o okolicy, bo rodzice gospodarza byli dziećmi pracowników pobliskiego dworu. Pamiętali jak dziedziczka jechała konno na stację, w popłochu, na oklep, gdy dowiedziała się, że idą Sowieci. Wszystko zostawiła.
„Tuż po wojnie granica była dalej stąd, bardziej na wschód. Ale potem przyszło wojsko i ją przesunęli – wbili nam słupki tam za domem. I z dnia na dzień nasza szkoła i kościół znalazły się zagranicą”.

38

38_2013

„Wszystko się skończyło. Ludzie pouciekali, gdzie kto mógł. Najpierw przed Niemcami, a potem przed akcją Wisła. Jak przyszło wojsko, rodzice byli w polu, a ja w domu pilnowałam młodszego brata. Wzięłam go na plecy, a krowę na sznurek i uciekłam do lasu. Wioskę spalili.
Z tych, co ich wysiedlili, prawie nikt nie wrócił.
Co tu fotografować? Tak wszystko zarosło, że nawet jak jakiś turysta tu zbłądzi, to pyta, gdzie ta cerkiew. Nawet jej z drogi nie widać. A ja tam byłam chrzczona, tam co niedziela było kilkaset osób przed wojną”.

39

39_2013

Zapadał wieczór, nie miałam się gdzie podziać. Jechałam przez łąki, za wioską i zobaczyłam pasące się krowy, a z nimi starszą, szczupłą kobietę w różowej sukience, czerwonym fartuchu i czerwonej chustce na srebrnych włosach. Stała po kostki w trawie i czytała gazetę.
„Gdzie tam ładnie, ja tylko z krowami poszłam. Niczego mi nie trzeba, a na pewno nie zdjęcia. A gdzie ty, dziecko, śpisz?”.
Rano dostałam chleb z masłem i twarogiem – „Wszystko swoje robię. W domu dzieci, wnuki, to jest dla kogo. Wszystko już na młodych przepisane, oni się polem już zajmują. A my z mężem jeszcze zwierzętami, póki sił starczy. Krowy wypasam od kiedy miałam 7 lat. Teraz mam ponad 80”.

14

14_2013

„Ojciec pochodził spod Baranowicz, teraz to Białoruś. Miał przed wojną trzy córki z pierwszego małżeństwa. Żona mu młodo zmarła. Zostawił córki u swoich rodziców i poszedł na Zachód, za Bug. Wojna wybuchła, granicę zrobili, ojca wywieźli w Olsztyńskie i się kontakt z córkami urwał. Ożenił się drugi raz i ja właśnie jestem jego córką z drugiego małżeństwa, tego powojennego. Szukał starszych córek przez Czerwony Krzyż i nic. Dopiero kuzyn odszukał je w Baranowiczach i powiedział – Ojciec wasz żyje. Poszły do fotografa i zdjęcie przesłały do ojca. On też swoje zdjęcie im wysłał. I jak się spotkali na dworcu, to się dzięki tym zdjęciom rozpoznali.
Ale nie, to nie on na tym zdjęciu”.

12

12_2013

Pani Olga poprawiła makijaż i usiadła do zdjęcia na werandzie swojego małego, starego domu, który odziedziczyła po babci. Babcia handlowała wódką i była nielubiana przez kobiety ze wsi. Olga, po studiach, też handlowała – masłem, kapciami, kasetami VHS z filmami Disneya, dżinsem, elektroniką, To było na początku lat 90., pod granicą z Niemcami. Wcześniej była kierowcą karetki pogotowia i jeździła taksówką. Zawsze było ciężko i wszystkiego za mało. Ma dwoje dorosłych dzieci, jedno straciła. Odeszła od męża, przeprowadziła się na wieś, teraz handluje kosmetykami.
Dała nam przepis na placki z cukinii i podarowała przetwory. „No, ładnie wyszło, fajnie. Dzieciom powysyłam. I na Naszą Klasę sobie wrzucę”.

8

8_2013

Pan Jan ma 94 lata i całe życie spędził w tym domu. Podjął nas zupą z fasoli i wódeczką – „dla małych pijaków, mała wódeczka”, powiedział.
Pokazał nam zdjęcia ze starego albumu. Powódź w 1975 roku – żona na nadmuchanej dętce płynie przez podwórko. Kto robił to zdjęcie ani skąd był aparat – nie pamiętał. Pamiętał za to opowieści swojego ojca o wojnie 1920 roku oraz że żona uszyła sobie sukienkę  z niemieckiego spadochronu.

5

5_2013

Zahamowałam, gdy za płotem zobaczyłam starszego, drobnego mężczyznę.
„Za chudy do zdjęcia jestem! Co pani będzie w mieście takiego suchara pokazywała!”. Opowiedział mi, jak Sowieci zabili tu dwóch Niemców. Pochowali ich – razem z zastrzelonym koniem – w jednej mogile. Wie gdzie, ale co z tego, skoro nie wiadomo, jak odszukać rodzinę. „Ale u nas to w każdej wiosce taka mogiła, i co zrobisz? Nic nie zrobisz”.
Jednak zrobiłam zdjęcie – pozował na polu, razem z wnukiem, który przyjechał pomóc dziadkowi.

4

4_2013

Podobno kiedyś pół wsi pracowało u dziedzica.
Podobno na tyłach pałacu znajdują się groby dawnych właścicieli.
„Podobno”, bo gospodyni, która rozmawiając ze mną, nie przerywa pielenia ogrodu, nie jest stąd. Przyszła tu za mężem, bardziej z południa, więc jej historia to Bandera i UPA, a nie ten dwór.
„Mój ojciec mi o tym opowiadał od dziecka, ale nie dawałam mu wiary, bo nikt o tym nie mówił – aż do teraz, gdy jest rocznica i w dzienniku o tej rzezi nadają. To teraz wiem, że ojciec sobie nie wymyślił”.

3

3_2013

Wieś kończy się łąkami, za którymi jest już tylko Bug. Zamknięte domy, stary kiosk, pusta droga. W ostatnim obejściu, spotkałam gospodarza – „Mnie do piachu trzeba, a nie do zdjęcia”.
Stał oparty o płot i opowiadał o tegorocznej powodzi. Pytał, co z tego mam. „Nie ma nic za darmo, wiem, bo sam mam interes” – na jego podwórku stoją dwa tekturowe domki letniskowe. Dla wędkarzy z okolicy, bo na wakacje nikt nie przyjeżdża.
”Tu nic nie ma, tylko Bug wylewa”.

2

2_2013

Fotografowałam wszystkie dzieci ze wsi. Dla najmłodszego z nich było to pierwsze, własne, papierowe zdjęcie w życiu.
Gospodyni zastawiła stół resztkami po niedzielnym obiedzie – był rosół, pierogi, ciasto. Zza płotu wyjrzała sąsiadka – „A mnie by pani też zdjęła?”.
Zaprosiła do domu, pokazała robione samodzielnie narzuty oraz święte obrazki i ślubny portret, którego nie lubi – „bo tak mnie namalował, że wcale siebie nie widzę”.

1

1_2013

„Zamęście to nie jest żaden smak” –  wyszła za mąż, gdy miała 19 lat. Poznała go na zabawie. Przyjęła zaręczyny, bo dobrze tańczył. Ma pięcioro dzieci, piętnaścioro wnucząt i czternaścioro prawnucząt.
„To moje jedyne szczęście w życiu. Mówili mi: a przecież z miłości poszłaś za mąż. Ale od miłości niedaleko jest do nienawiści”.

33

34_2012

Młoda gospodyni zagoniła wszystkie swoje dzieci do zdjęcia, wydrukowałam je w samochodzie. W całej okolicy nie było prądu – „Co ja pani mogę dać? Nawet wody teraz nie ma, bo pompa nie działa. Ale niech sobie pani zaparkuje tutaj na noc, pod płotem”.
Siedziałyśmy potem razem na ławce z widokiem na pola. Stary maluch był budą dla psa odstraszającego dziki od kartofli. Pies miał legowisko pod podwoziem, ktoś codziennie dowoził mu jedzenie. „A jak inaczej? Jak dziki przyjdą, to jedna nic i kartofli na całą zimę nie ma”.

17

33_2012

Była niedziela rano i cieszyłyśmy się, że stoimy w miejscu, obok którego będą przechodzić wszyscy idący rano do cerkwi. Już prawie widziałyśmy te portrety, to zamieszanie, te kolorowe chustki.
Robiło się coraz cieplej, brukowana droga wysychała z porannej rosy. Mijały kolejne minuty, latała mucha, w trawie obok nieczynnego GS-u bzyczały pszczoły.
Patrzymy na drogę w lewo – nikogo.
Patrzymy na drogę w prawo – nikogo.
Na końcu wsi pojawiła się pani idąca wolno, z laseczką – jedyna, która dociera jeszcze do cerkwi piechotą.

41

32_2012

Gospodarz od rana krzątał się w chlewie i w stodole. Na drzwiach wisiał bukiecik z kłosów – co roku, po żniwach, wiesza nowy, na szczęście. Mruknął, że pora na śniadanie. Jego żona skończyła doić krowy, weszła do komórki, wzięła duży kosz i motykę i ruszyła w stronę furtki.
„Gdzie pani idzie?” – zapytałam zdziwiona.
„Kartofli nakopać” – odpowiedziała szybko.
Było w pół do siódmej rano, gospodyni kopała, schylona wpół, a ja wybierałam ziemniaki, otrzepywałam z ziemi i wrzucałam do koszyka. Potem razem obierałyśmy i tarłyśmy na placki to, co zebrałyśmy. Dodałyśmy dymkę wyrwaną z ogrodu za domem, śmietana ze świeżego, schłodzonego mleka zdążyła się ściąć. Gospodyni opowiadała o swoim synu, który mieszka w mieście i jest kawalerem, a ja jej opowiadałam o podróży. Spojrzała na mnie badawczo znad patelni i powiedziała: „A czego ty tak w świecie szukasz? Czemu za mąż nie idziesz? Mnie by się przydała taka synowa”.

20150522_pierwszaklatka

28_2012

Gospodyni nie chciała zdjęcia, ale chciała porozmawiać. Opowiadała jak po wojnie przyszli wojskowi, postawili słupki w środku wsi i nagle, po drugiej stronie granicy została rodzina, przyjaciele, sąsiedzi. Wspominane przy płocie postanowienia jałtańskie i przebieg linii Curzona, nabierały tutaj realności – „Tak jest. Tam gdzieś stawiają kreskę na mapie, a tutaj to jest środek podwórka albo pola”.
Potem spytała, czy mogłabym zrobić zdjęcie do paszportu – „Wiosną kuzynka tam zmarła i pojechać nie ma jak. Bo trzeba do Białegostoku jechać, zdjęcie zrobić, paszport wyrabiać, wizę wykupić – 25 euro na jeden dzień. Kiedyś ludzi z pasa przygranicznego na dowód osobisty puszczali. A teraz się skończyło i groby tam opuszczone, bo już odwiedzać nie ma komu”.

31

26_2012

Zrobiłam portret kobiecie, która obchodziła 90. urodziny. Zastałam ją przy obieraniu jabłek. Przebrała się, zmieniła chustkę na głowie. Nie wszystko rozumiała, gdy mówiłam, ja nie rozumiałam prawie nic – ze „swojego”  na polski tłumaczył jej wnuk z Białegostoku, który przyjechał zająć się babcią podczas wakacji. Podarował mi jajka. Przypomniało mi się jak inna starsza kobieta powiedziała, że gdy się zjada okruszyny z chleba, to ma się piękne dzieci.

29

24_2012

Obok nieczynnej świetlicy jest nieczynny sklep. Są też nieczynne skupy mleka, nieczynne szkoły, nieczynne punkty biblioteczne. Dobrze mają się tylko ochotnicze straże pożarne.
Podszedł do nas starszy pan i zapytał, czym handlujemy, bo sądził, że prowadzimy obwoźny sklep. Pytamy, co potrzeba. „Bateryjkę do budzika” – odpowiada, a ja sprawdzam i okazuje się, że mam taką, pasującą.
Dostałyśmy w zamian ze trzy kilogramy kartofli

27

23_2012

Przed jego domem rosły stare grusze. Miał 102 lata, był mężczyzną przystojnym i szarmanckim, muzykiem samoukiem, obdarzonym pięknym, basowym głosem. Po wsi jeździł skuterem. Zrobiłyśmy mu zdjęcie z sąsiadem, z którym znał się od dziecka, ale dotąd nie mieli wspólnej fotografii. Potem były portrety w domu, z instrumentami. Jako członek zespołu ludowego, który jeździł z występami po całym kraju, miał doświadczenie w pozowaniu. Ubolewał, że akurat nie ma wina, aby nas odpowiednio podjąć. Wziął nasze numery telefonów, dał swój numer komórkowy i puściwszy oko powiedział, że odezwie się, kiedy będzie w Warszawie.
Gdy wróciłyśmy do auta, na klamce znalazłyśmy siatkę gruszek.

25

21_2012

Zapadał zmrok i grupa mężczyzn z rowerami i pustymi bańkami stała pod skupem mleka. Palili papierosy i rozmawiali, pytali o nasze auto. Dostałyśmy pół litra ciepłego mleka od gospodarza, który kierował skupem. Zza płotu wyjrzała jego żona, podała zerwała dla nas ogórki i poszła na łąkę, „bo jałówki po ciemku nie znajdę”.
Zaprosili nas na noc do gospodarstwa po zmarłej mamie. „Jutro jest odpust na cmentarzu, batiuszka będzie święcił groby i owoce. Ładnie będzie. Przyjedzie do nas rodzina z Hajnówki, to zrobicie dla nas zdjęcie. Pewnie słychać, że rzadko po polsku mówię? My tu między sobą to po swojemu”.
Obiad był świąteczny – z białym obrusem, rodziną usadzoną wokół stołu, z mielonymi, swojskimi kiełbaskami i wódką.
Na zdjęciu przed domem pozowała cała, czteropokoleniowa rodzina.

19A

18_2012

- Dobry wieczór. Przepraszam, że tak późno. Ja prowadzę Wędrowny Zakład Fotograficzny…
– Aaaa! Wiem, wiem. To samo, co we wsi obok było.
– To pan słyszał już…?!
– No przecież ja tam wszystkich znam, będą jeszcze przez tydzień gadać. Pani zatrzyma się tu na noc, to mój plac. Tylko latarni nie ma, bo burza gdzieś przewody zerwała.
– A tu jest bezpiecznie?
– Mur beton! No co pani – tu żywej duszy nie ma, to i nikt krzywdy nie zrobi. Chyba że się pani duchów boi. Albo imigrantów, co nielegalnie granicę przechodzą. Ale ich to nie ma się co bać, oni sami przerażeni.

20

17_2012

„Ohoho! Gdzie ty tu zajechałaś! Tu do diabła i do fotografa daleko” – mówi mężczyzna z siwym wąsem. Opowiadam, że jadę wzdłuż granicy, że zdjęcia są za darmo, a on na mnie patrzy i mówi: „Mnie nic nie musisz tłumaczyć. Tego, czego tu szukasz, za pieniądze byś nie znalazła. I dobrze, że tak jeździsz”.
W młodości miał własną ciemnię, był kinooperatorem – „Krzyżaków” widział 500 razy, bo jeździł po wioskach z obwoźnym kinem. Rozwieszali płachtę na domu i wszyscy schodzili się na oglądanie, cała wieś. Kiedyś w ogóle było weselej – w żniwa chłop za chłopem szedł z kosą, kobiety w białych bluzkach i białych chustach. Wszyscy śpiewali, a wieczorem jeszcze mieli siłę iść na zabawę.
Zdjęcie zrobiłam przed domem. Na drogę dostałam bigos i ogórki.

19

16_2012

Kiedyś mówiło się, że wiadomo, kto w wiosce handluje spirytusem – ten, kto ma dom obłożony sidingiem.
Teraz pracuje się zagranicą – nadal w Belgii, w Anglii, w Niemczech, we Włoszech. Podobno z każdego domu przynajmniej jedna osoba jest na Zachodzie.
„Przyda się takie zdjęcie, córce/synowi/wnukom wyślę” – słyszę często. Jeszcze częściej są to portrety małych dzieci, robione z myślą o ich rodzicach.

17

14_2012

Pani Żenia, pani Lidia, pani Zina, pan Mikołaj. Siedzieli na ławce, między sobą rozmawiali „po swojemu”, z nami po polsku.
„Ludzie u nas jak te drogi – stare”, powiedziała pani Lidia, wskazując na bruk. Pierwsze zdjęcie zrobiłyśmy po trzech godzinach wspólnego siedzenia i gadania.
„O! Ty, patrz jakie my mordy stare! Ale ładne, roześmiane. Prawie całe życie przez płot mieszkamy, to człowiek nie pomyślał o takiej fotografii. I trafiło się – na stare lata”.

15

13_2012

Wiózł bańki z mlekiem zaczepione o ramę roweru. Zwrócił się do nas z elegancją i aktorską dykcją. Zjeździł cały świat, skończył prawo, miał stałą pracę w dużym mieście. Wrócił tuta, bo poczuł się zmęczony, a tu wszystko jest prostsze i dzieje się wolniej. Kazał nam cieszyć się małymi rzeczami. Nie chciał zdjęcia, bo wszyscy, którzy są mu bliscy, mają go na co dzień.

12

12_2012

„Nic nie ma, wszystko się kończy. Nie ma sklepów, nie ma zabaw, nie ma pracy. Za 600 złotych renty to człowiek nie pobryka. Kiedyś inaczej było. Wszystko było. Teraz nie ma nic. Tutaj wszyscy o nas zapomnieli”.
Zrobiłam jej zdjęcie z wnuczkiem na rękach, podobno pierwsze, na którym są tylko we dwójkę. „Dawno mnie nic tak dobrego nie spotkało” – powiedziała na pożegnanie.

12

11_2012

W nocy obudził nas strażnik, który zapytał, czy wszystko w porządku, ale nie poprosił o dokumenty i życzył nam spokojnej nocy. Gospodyni od rana w doskonałym humorze – nasmażyła nam placków z jabłkami. Urządziłyśmy sobie kąpiel w wodzie ze studni. Znowu przyjechali strażnicy. Zapytali, czy się nie boimy i co z tego mamy, że tak jeździmy. Poradzili nam, dokąd jechać dalej, podali numer telefonu na wypadek problemów i kazali dzwonić o każdej porze. Gospodyni urządziła sobie prawdziwą sesję zdjęciową – pozowała wśród kwiatów przed domem, na tapczanie w jadalni, w kapeluszu. Przebierała się trzy razy.

7

7_2012

Gospodyni podwiązywała połamane begonie. Usiadłyśmy z nią przed domem na ławce i siedziałyśmy aż do wieczora, słuchając opowieści o polskich Tatarach, o dzieciach w Hiszpanii i tegorocznych żniwach. Wjechałyśmy na podwórko, lawirując pośród kur, i zaparkowałyśmy za stodołą.
Rano zrobiłam jajecznicę z podarowanych nam jajek. Rozwiesiłyśmy gospodyni pranie i poczekałyśmy, aż przygotuje się do zdjęcia: dobrała bluzkę do spódnicy, umyła i wysuszyła włosy, założyła pantofle.
Zdjęcia zrobiłyśmy w ogrodzie, wśród kwiatów i na ławce przed domem.

6

6_2012

Bywają zrobione ze starego, żelaznego łóżka, z foteli wyciągniętych ze zużytego samochodu, z wypełnionych słomą worków. Bywają nowe – parkowe, ogrodowe. Ale najczęściej to dwa pieńki z deską.
Na ławeczki wychodzi się wczesnym wieczorem. Kiedyś się na nich przesiadywało, teraz czas siedzenia wyznacza ramówka telewizyjna. Często nie ma na nich nikogo. Nadal bywa to dobre miejsce do zrobienia fotograficznego portretu.

4

4_2012

Zaczyna się od pytania o zdjęcie, a potem już samo leci: opuszczone domy, brak pracy, nieopłacalność uprawy, wysokość rent, brak środków do życia, relacje rodzinne, tęsknota za komuną, polityka, wyjazdy zagranicę, alkoholizm, samotność starych kawalerów i wdów, problemy ze zdrowiem, brak autobusu do miasta, zamierające sąsiedztwo, wyludnione się wioski, żal za minioną młodością.

Ale czasami jest też nieufność, wypytywanie „A co pani tutaj robi, a co pani z tego ma?”, niewpuszczanie do domu ze strachu przed naciągaczami, obcymi, oszustami. „Trudno zaufać, wie pani, w dzisiejszych czasach. Nie to, co kiedyś”.

3

3_2012

Pierwsza przyszła pani Zosia z rowerem. Mieszka pod lasem, opowiedziała nam o cerkwi starowierów przerobionej na kościół, kupiła lody. Potem były dziewczynki z psem, listonosz, dwaj dziadkowie z wnuczką, właściciel starego junaka, stolarz jadący na obiad do domu.
Każdy, kto przychodził do sklepu, był namawiany na zdjęcie przez tych, którzy już je zrobili.„Patrz, jaką mam mordę wesołą! Rób, kiedy ostatnio u fotografa byłeś?”.
„Pani jemu portret zrobi, on tu najmądrzejszy”.
„O, sołtys jedzie, władza nasza. Sołtysie, przyjechali zdjęcie dla ciebie zrobić!”.
Przyszła też para z trojgiem dzieci, wszyscy ubrani jak na niedzielę. Oboje byli po rozwodach, za miesiąc mieli brać ślub. To zdjęcie było ich pierwszą, wspólną, rodzinną fotografią.

2

2_2012

Często pytam, czy był tu kiedyś wcześniej wędrowny fotograf. Niemal zawsze w odpowiedzi słyszę o portrecie ślubnym zamawianym u obwoźnego sprzedawcy, malowanym ze zdjęć legitymacyjnych i przysyłanym pocztą. Takie zdjęcia (z lat 50.–60.) są w prawie każdym domu. Portret najczęściej wisi nad łóżkiem, aby przynosić szczęście w małżeństwie.

1

1_2012

Celowo wybieram domy po wyglądzie – im smutniej i biedniej, tym większą mam nadzieję, że zdjęcie może się komuś przydać. Dużo jest domów opuszczonych – zatrzymuję się przy nich i wścibsko zaglądam do środka. W tym jednak ktoś mieszkał.Jeśli się nie boicie, to wchodźcie – gospodarz siedział przy rozwalającym się kuchennym stole i zabijał muchy. Nie chciał zdjęciła, bo nie miałby go komu dać. Kwiaty przed domem posadziła matka. Zmarła niedawno, a kwiaty dalej rosną same.

„Pokierował” nas do sąsiada, wsiadł na składak i objechał całą wieś, mówiąc wszystkim, że fotograf przyjechał.